czwartek, 5 czerwca 2014

Ostatni dzień w warszawskim szpitalu....


Dnia 5 czerwca 2014 roku, zmarła moja wówczas jedyna Córeczka Alicja. Miała wtedy 11 miesięcy. Zmarła kilkanaście godzin po zabiegu cewnikowania serca, który to był warunkiem koniecznym do zgłoszenia jej do przeszczepu serca.
Cewnikowania miało miejsce 4 czerwca 2014. Sam zabieg Alicja przeszła wzorowo. Nie miała żadnych spadków tętna czy zaburzeń rytmu serca. Po wyburzeniu ze znieczulenia była jednak bardzo słaba i lekarze zdecydowali o zostawieniu jej na sali wybudzeń wchodzącej w skąd Oddziału Anestezjologii i Intensywnej Terapii i Opieki Pooperacyjnej. W strukturze szpitala była to sala usytuowana w sąsiedztwie bloku operacyjnego, co też jest wymagane przez przepisy.
Lekarz anestezjolog, ktòry wykonywał znieczulenie pozwolił wejść mojej Żonie do Córki chwilę po jej wybudzeniu ze znieczulenia. Córeczka leżała na łóżku, cała w kabelkach z rączkami przywiązanym do barierek. Była bardzo słaba. Aby Żona mogła wziąć ją na ręce pielęgniarki musiały odwiązać jedną z jej rączek. Była tak słaba po zabiegu, że nie miała nawet siły ssać piersi. Zaniepokojeni prosiliśmy dyżurnego anestezjologa (było już po godzinie 15) o to aby pozwolił mojej Żonie zostać na noc przy Córeczce, gdyż ta nigdy nie była sama w szpitalu. Niestety stwierdził, że tego się nie praktykuje. Gdy zwróciliśmy jego uwagę na to, że w dokumentacji medycznej prowadzonej na oddziale kardiologii były zapiski o występowaniu zaburzeń rytmu serca u naszej Córki przy płaczu i wysiłku to stwierdził, że "dziecko musi płakać..." Poszliśmy z prośbą o wstawiennictwo do lekarza kardiologa, który wykonywał zabieg cewnikowania. Ten stwierdził, że spróbuje nam pomóc ale, że na OIOM rządzi dyżurny anestezjolog, który okazał się głuchy na wszystkie prośby łamiąc nie tylko artykuły 21 i 34 ustawy o Prawach Pacjenta ale również art 19 Kodeksu Etyki Lekarskiej. Nie mieliśmy innego wyjścia jak pójść na noc do domu. W nocy dzwoniliśmy na oddział aby zapytać jak czuje się nasze dziecko. Od pielęgniarek usłyszeliśmy, że dużo zjadła. Na nasze pytanie czy płacze, moja Żona usłyszała "co mam Pani powiedzieć? Płacze... ".

Gdy rano moja Żona dotarła do szpitala koło 7 nie chcieli wpuścić jej do dziecka twierdząc, że zaczęła gorączkować i że jej stan się pogorszył. Gdy tylko się o tym dowiedziałem zwolniłem się z pracy i przyjechałem do szpitala gdzie byłem przed 8. Wtedy z naszą Córeczką było już chyba bardzo źle. Mogę się tylko domyślac co się działo bowiem nikt nam nie chciał nic powiedzieć. 
Nagle zbiegło się kilku kardiologów, z których jeden niósł coś co wyglądało jak defibrylator. Na oddział, który miał być najbezpieczniejszych w szpitalu przynieśli defibrylator pomyślałem??!!! Po pewnym czasie ten sam lekarz wyszedł i poszedł na inne piętro. Po paru minutach wrócił z innym przyrządem i stwierdził, że trzeba będzie naszej córce założyć elektrodę.. Parę minut przed 9 przybiegła pielęgniarka z kardiologii z lekiem i razem z nią waliliśmy w drzwi oddziału aby ktoś nam otworzył i wziął potrzebny mojemu dziecku lek - izoprenalinę. Na najbezpieczniejszych oddziale w szpitalu brakowało leków??!! Niestety lek chyba i tak dotarł za późno bo kilka minut później usłyszeliśmy od Pani Ordynator OIOM, że naszej córce nie udało się pomoc i jakie to leki jej podawali bez żadnej reakcji z jej strony.. Nasz świat runął..Dlaczego nie mogliśmy być nawet przy reanimacji naszego dziecka mimo, że zalecają to wytyczne Polskiej Rady Resuscytacji ??!!

Usłyszeliśmy, że serce naszego dziecka zatrzymało się w wyniku bloku przedsionkowo-komorowego. Tego przed czym ostrzegaliśmy dyżurnego anestezjologa błagając go aby pozwolił mojej Żonie być przy dziecku na noc. Przy dziecku, które nigdy nie było samo w szpitalu nawet przez sekundę. Zawsze przy niej czuwało jedno z nas. Ale ostatnią noc musiała spędzić sama, wśród obcych ludzi na najbezpieczniejszych oddziale szpitala, na który trzeba było donosić leki i sprzęt z innego piętra...

Lekarz dyżurny anestezjolog bez żadnych podstaw, działając szablonowo, odmówił mojej Córeczce dodatkowej opieki pielęgnacyjnej sprawowanej przez mamę. Do opieki takiej moja Córeczka miała niepodważalne prawo w świetle aktualnej wiedzy medycznej! Opieka taka mogła jej tylko pomóc w powrocie do zdrowia! Każdy chyba umie wczuć się w dziecko, które już rozpoznaje obcych i bliskich, a któremu nie można wytłumaczyć, że mamy nie ma tylko na chwilę. Dziecko takie, co jest powszechnie znanym faktem, odbiera utratę mamy, jako stratę całkowitą i nieodwracalną. Nie trudno sobie również wyobrazić jaką rozpacz musiała przeżywać moja córka, oraz jak ogromny wysiłek dla tak osłabionego i chorego dziecka stanowił płacz, płacz, którego tak łatwo można było uniknąć - pozwalając na obecność matki przy dziecku. Dziecku, które było wtedy jedynym pacjentem na oddziale!!! Niestety, lekarzowi wygodniej było działać szablonowo, gdy nikt “nie patrzy na ręce”, nie zważając na zgłaszane obawy rodziców, kodeks etyki lekarskiej, na wpisy w dokumentacji medycznej, że stres i wysiłek wiązał się z zaburzeniami rytmu u naszego dziecka. Ba, nawet sam dokonał wpisu w dokumentacji medycznej o bloku przedsionkowo komorowym w momencie niepokoju u mojej Córeczki. Dla małego dziecka z niewydolnością serca płacz to przecież ogromny wysiłek. Płacz, którego można było tak łatwo uniknąć.. Alusię uspokajał sam matczyny głos.. A tak, dla wygody lekarza dyżurnego, została pozbawiona matczynego ciepła, elementarnego poczucia bezpieczeństwa, po to żeby spędzić jedyną noc sama w szpitalu, noc, która okazała się być jej ostatnią. W nocy Alusia musiała płakać z nerwów, zamiast słuchać śpiewanych przez mamę kołysanek.. Z tego ogromnego wysiłku spowodowanego płaczem jej serce w końcu nie wytrzymało, wystąpiły zaburzenia rytmu, pojawił się blok przedsionkowo komorowy... Mam wrażenie, że po prostu się poddała... Lekarzom nie udało się jej uratować a my nie mogliśmy nawet być przy niej w jej ostatnich chwilach bowiem nas do niej nie wpuszczono.....

Alusia była pierwszym dzieckiem, które zmarło w tym szpitalu po zabiegu cewnikowania serca.. zabiegu, który zgodnie z tym co mówili lekarze miał być bezpieczny...

3 komentarze:

  1. Rozpacz...żal ściska serce i gardło. Łez się nie są da powstrzymać. Dużo siły i odwagi Wam życzę - do walki i do życia. Ten lekarz powinien odpowiedzieć za swoją arogancję i pychę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem co napisać Tak strasznie Państwu współczuje. Życze siły . Siły w przetrwaniu i siły w walce z tymi skur... bo nie można ich nazwać inaczej. Jestem z Państwem całym sercem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem fotografem dziecięcym i noworodkowym i robie to, bo kocham wszystkie maluchy świata. I kiedy czytam o Waszej tragedii, o tym co jest najgorszym co moze przytrafic sie rodzicom - stratcie dziecka - mam ochotę zabić. Zabic wraz z ich bezdusznościa ludzi za to odpowiedzialnych....Łacze sie z Wami w bólu....

    OdpowiedzUsuń